Jelcz – Istambuł – Jelcz

A oto relacja Prezesa z wyprawy, pisana na gorąco….

Termin 10 września zaznaczyłem w kalendarzu już jakiś czas temu. Był tak odległy, że przez długi okres czasu nie wyskakiwał na trójdzielnych stronach kalendarza.

Pojawił się w lipcu i wydawał się wciąż odległy. Panika zrobiła się w sierpniu, że to właśnie się zbliża 10.

Stary Ford wymagał drobnych napraw, reklamodawców trzeba było „wykleić”, załatwić zieloną kartę, wizę turecką. Wreszcie nadszedł ten dzień i po zapakowaniu auta ruszamy ku przygodzie. Trasa wiedzie przez Nowy Sącz. To jakaś prowokacyjna nazwa miasta. Niby nie wspomina wprost o alkoholu, ale co ten młody z nazwy pije? Mijamy miasto z wielkiej płyty i przejeżdżamy Tatry. Po słowackiej stronie nic nie przykuwa naszej uwagi. Krowy, kozy, Skody. Zwłaszcza te ostatnie wypełnią pejzaż. Po dwóch godzinach przejeżdżamy Koszyce. Cygańskie miasto w centrum Europy. Cyganów nie widać, a na ulicach czysto. Coś tu jednak się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Przy wjeździe do miasta machają do nas dziewczyny, ale nie takie no wiecie. Odwzajemniamy gesty i już wiemy, że auto się podoba, bo przecież nie my. Nie że brzydcy, czy coś takiego. Po prostu nas nie widać wcale, bo siedzimy za oklejoną folią szybą, co najwyżej widać Irka i Krzysztofa. Wierzę więc w moc auta, a nie załogi w aspekcie efektu wow.

Pod wieczór wjeżdżamy na Węgry. Jednak zanim to się stanie czekają nas małe emocje. Przez przypadek wjeżdżamy na autostradę nie mając wykupionej opłaty drogowej. Kwadrans napięcia do granicy. Jak to na granicy jest i policja. Irek wkleja się na zderzak tira i przed samą policją ucieka na lewy pas. Omijamy bezradnych mundurowych. Udało się. Pewnie czytając to zapytasz czy nie lepiej było kupić winietę drogową. Nie nie lepiej. Za odcinek 30 kilometrów nie warto. Kraj ten przejechaliśmy prawie w całości bez autostrady. Węgry witają nas dziurami, ciemnością i zdezelowanymi autami. Jest dramat. Kupujemy opłatę drogową za 6000 na szczęście forintów i przelatujemy przez skansen komunizmu. O północy jesteśmy w Rumunii. Kolejna opłata drogowa. Tym razem na wesoło. Pani sprzedająca w zamian za 7 euro wypisuje nam karteczkę. 7 to nie 6000 więc dziękujemy bardzo pozostawiając na pożegnanie kilka lizaków.

Znajdujemy po godzinie jazdy nocleg w podłym zajeździe. Jest adekwatny do ceny. Nie po namyśle nie jest. Idziemy spać…

„Dwa dni w Rumunii to stanowczo za mało! Ten kraj jest jak magnes. Ma siłę przyciągania. Jest wciąż dziki i dziewiczy, nieskażony komercją. To raj dla miłośników przyrody okraszonej zamkami i legendami. Nas wciągnęła Alba Lulia. Przepiękna twierdza, dzisiaj jest wspaniałą atrakcją turystyczną. Po długiej przerwie ruszamy dalej, mijając urocze wioski i cygańskie miasteczko. Domy wyglądają jak szalona wizja architekta. Jest trochę jak w świątyni kiczu. No ale z gustami się nie dyskutuje. Pędzimy dalej do Sybina i to dosłownie. Wjeżdżamy na autostradę co w tym kraju jest raczej ewenementem. Sybin to w mojej ocenie najpiękniejsze rumuńskie miasto. Tu spotykamy się z załogą Zukietty z Chojnowa. Wyglądają jak rozjechani walcem. 1500 km w Żuku w 5 chłopa to naprawdę wyzwanie, tym bardziej że ostatnią noc spędził w aucie. Dajemy im chwilę odpoczynku, a sami jedziemy na camping. Oddalony o 12 km od centrum z ceną 26 euro za naszą ekipę i najpiękniejszym widokiem na góry. Jemy obiadek, który przygotowała „Sprytna Gosposia”. Wieczorem ruszany na spotkanie do centrum.”

 „Wpływamy do Bułgarii i to dosłownie. Późnym wieczorem docieramy nad Dunaj. Przed nami przeprawa promowa. Niewielkie promy zabierają na pokład zaledwie kilka aut. Upychają nas z 4 osobówkami i czterema ciężarówkami. Prom przypomina bardziej dużą tratwę niż statek. Wszystko jest dość siermiężne, nie ma barierek, oświetlenia ani zabezpieczeń. Dwa razy sprawdzamy czy mamy zaciągnięty hamulec ręczny i czy wbity jest bieg. Nic nie zabezpiecza i nie chroni auta przed spadnięciem do wody. Płyniemy szybko przez Dunaj który w tym miejscu ma ponad 3 kilometry szerokości. Nasza tratwa sunie w kompletnej ciemności. Po chwili docieramy na drugi brzeg. W.ciemnościach gubimy drogę do granicy. Szybko się jednak orientujemy i wracamy na granicę. Nasze auto wjeżdża do betonowej wanny a z góry zaczyna na nas kapać ciecz o zapachu chloru. Sama granicą wygląda jak po przejściu frontu. Kilka aut które przypłynęły z nami wciąż czekają na odprawę. Leniwi celnicy są w pracy którą szanują, przeciwnie do stojących w kolejce. Po dobrej chwili, nie wróć! Po długim postoju nasza kolej. Skrupulatny służbista odnajduje w naszym aucie kiełbasę. Nie byle jaką! Naszą pyszną wędzoną podhalańską! Robi się grubą afera. Oczami wyobraźni widzę nasze spektakularne zatrzymanie. Gruby strażnik wyciąga mnie z auta. Krzysztof trzyma w ręku reklamówkę z mięskiem. Ciekawe co nas czeka za próbę przemytu? W głowie kotłuje się co z nami będzie….

Trafiamy na zaplecze posterunku. Tam deponujemy kiełbasę. Lodówka zamknięta na gruby łańcuch pomimo zamknięcia otwiera się.

Inspektor sanitarny uśmiecha się.szeroko i wkłada worek do lodówki. I po sprawie.

Wjeżdżamy do Bułgarii. Jeszcze 220 kilometrów i znów spędzimy noc z załogą Zukietty. Nie ukrywam że brakuje nam ich poczucia humoru.”

Właśnie zbliżamy się do granicy z Turcją i wieczorem powinniśmy osiągnąć cel czyli Istambuł.

Turcja.

Wjeżdżamy na granicę turecką i po odwiedzeniu czterech okienek udaje nam się ruszyć w dalszą drogę. Dwukrotnie zatrzymujemy się aby kupić winietę i zamiast porady jak kupić, dostajemy poradę jak dojechać za darmo. Do Istambułu docieramy późnym wieczorem a pokonanie 20 milionowego miasta zajmuje 2 godziny. Wreszcie trafiamy do naszego hotelu. Hotel Dilek położony jest w „szemranej” dzielnicy i trochę obawiamy się o nasz samochód, jak się później okazuje zupełnie niepotrzebnie. Tu już czeka na nas załoga „Żukietty” z Oldtimer Chojnów. Decydujemy się na wyprawę do miasta na jedzenie. W ulicznym barze zamawiamy lokalne jedzenie a w oczekiwaniu próbujemy papryki tak ostrej, że łzy napływają same do oczu. Smakujemy przystawki w formie małż co jak się okazuje nie jest najlepszym pomysłem….

Rano ruszamy na zwiedzanie miasta. Chyba tradycyjne jak większość przyjezdnych ruszamy na Grand Bazar. To świątynia kiczu i podróbek wszystkich marek świata. Bez problemu można tu nabyć buty, koszulki spodnie i perfumy. Oczywiście są też dywany, chusty i okropnie słodkie tureckie słodycze.

Przenosimy się do herbaciarni na sziszę a później ruszamy do obowiązkowych atrakcji turystycznych. Wieczorem docieramy nad zatoką Bosfor. Za równowartość 7 zł płyniemy do Azji i z powrotem.

W nocy lądujemy w hotelu a w zasadzie na jego dachu z którego rozpościera się wspaniały widok na morze Marmara. Nas jednak hipnotyzuje toczące się do okoła życie. Pomimo późnej pory na ulicy bawią się dzieci, na przeciw nas na dużym placu ktoś segreguje śmieci a w ciasnych piwnicach obierane są małże i gotowana kasza. Tu raczej nigdy nie zagląda sanepid. Zapach gotowanych małż a w zasadzie jego smród jest tak gęsty że ciężko oddychać. Na szczęście zatoką Bosfor to miejsce w którym cały czas wieje wiatr.

Oglądanie a w zasadzie podglądanie życia które toczy się na tych uliczkach to doznania i wrażenia których nie serwuje biuro podróży. Teraz dopiero czujemy jak bardzo ciekawe jest to miasto. Miasto w którym można bez problemu zobaczyć drogie modele samochodów ale i biednych skromnych ludzi którzy ciężko pracują by przeżyć.

Zdarza nam się przyglądać jak dorastająca młodzież pcha po ulicach ciężkie wozy, sprzedających na każdym rogu kebaby Turków.

Istambuł to ogromny tygiel, garnek w którym pomieszane są wszystkie smaki świata.

Trzeba być jednak bardzo czujnym, można kupić gałkę loda za 16 złotych albo zjeść dobry obiad za podobne pieniądze.

Jutro drugi dzień zwiedzania.

Opuszczamy Turcję i wjeżdżamy do Grecji.

Pierwsza zauważalna zmiana to o wiele gorsza nawierzchnia. Kierowcy jeżdżą zgodnie z przepisami ale na drogach spotkać można wiele starych aut. Nas zachwycają napotykane „graty” więc często zatrzymujemy się by zrobić zdjęcie. Jedziemy wybrzeżem w kierunku Salonik, widoki są wspaniałe. Po południu zatrzymujemy się na polu namiotowym. Cena za 4 osoby, auto i namiot 20 euro. Pędzimy na pustą piaszczystą plażę i wbiegamy do ciepłego morza. Wieczorem zamawiamy pizzę specjale i zimne piwo. Pizza smakiem nie nawiązuje do nazwy. Rano w dalszą drogę. Mijamy liczne pola bawełny i plantacje winogron. Pniemy się teraz mozolnie pod górę w kierunku Bułgarii.

Bułgaria.

Na granicy wita nas uśmiechnięty celnik.

Wypowiada po angielsku „dont wory, be happy” i oddaje paszporty. Chwilę później zatrzymują nas chodzące po drodze krowy.

Zatrzymujemy się w muzeum Retro Auto. Oglądamy pokaźną kolekcję zabytkowych samochodów dominują głównie Jaguary i auta sportowe ale jest też Citroen 2CV i Mini Moris. Nakręceni jedziemy do kolejnego muzeum motoryzacji,tym razem kolekcja ograniczenia się tylko do aut z dawnego bloku wschodniego. Łady, Wołgi, Moskwicza ale i polski Fiat 126 i Warszawa 223. Oprócz samochodów podziwiamy zbiory pamiątek z tamtego okresu. Gumy Turbo, magnetofony szpulowe, czarno-białe telewizory, suszarki i tenisówki. Ruszamy w dalszą podróż a bułgarskie wioski wciąż wyglądają jak by czas się tu zatrzymał. Osiołki ciągną wozy z warzywami, na ulicach spotykamy licznie występujące Łady 2104 ale trafia się polski Fiat 125 z 1970 roku. Dalej jedziemy autostradą do Serbii. 10 km przed granicą kończy się droga i ostatnie kilometry pokonujemy po dziurawej kostce z żwirowymi plackami. Ograniczenie prędkości do 20 km/h a to i tak o wiele za dużo.

Na granicy żegna nas kolejny uśmiechnięty bułgarski celnik, który na widok naszego auta puszcza nas poza kolejką.

Serbia wita nas piękną autostradą.

Radek nasz sternik pokładowy pobija nasz rekord prędkości i z górki pędzimy 120 km/h. Na chwilkę zjeżdżamy na drogę krajową która malowniczo wije się między górami.

Ponownie robimy dziesiątki zdjęć i filmów.

Wracamy na autostradę gdzie kilometry szybko mijają. Nasz zepsuty licznik kilometrów kręci kolejne 20 km na minutę. A może on działa prawidłowo?

Za oknem robi się ciemno a to dopiero 19 godzina. Jest też zimno, zaledwie 19 st. C.

Przed nami Węgry.

Na ostatnim poborze opłat w Serbii stoi VW na polskich rejestracjach. Rodacy mają problem. Silnik zgasł i nie chce zapalić. Przepychamy auto do okienka kasy i dalej na pas awaryjny. Próbujemy usunąć awarię, która wygląda na uszkodzony akumulator.

Niestety to nie to. Próbujemy usunąć awarię ale jest druga w nocy, stoimy na autostradzie i doskwiera nam zimno. Szybka decyzja i holujemy ich auto na lince (pasie transportowym) do granicy węgierskiej. Kilometr przed granicą zostawimy ich na stacji paliw. Tu są bezpieczni, mają zasięg telefonu z UE i ciepłe posiłki. Dalej muszą sobie poradzić sami, nie możemy im więcej zaoferować. Jak się okazuje wracają z wakacji w Albanii i mają assistance który po nich przyjedzie. Ruszamy na granicę. Ostatni raz mam nadzieję wyciągamy dokumenty do kontroli.

O 3:00 w nocy powinniśmy być w Budapeszcie. Załoga decyduje się na nocną jazdę do domu. Wszyscy jesteśmy zmęczeni ale tęsknimy za domem i naszymi bliskimi. Na liczniku już ponad 5.000 km odkąd wyruszyliśmy z domu.

Pozdrawiamy serdecznie

Załoga Ekspedycji charytatywnej 94 Oktany dla DCO w składzie:

Grzegorz Zabierowski-Kapitan

Radosław Babijczuk-Sternik

Ireneusz Jurasik- I Oficer

Krzysztof Cierlik- Bosman

Załoga Ekspedycji charytatywnej Żukietta

Tomasz Halikowski,

Jerzy Antoszczuk,

Karol Ługowski

Maciej Kościcki,

Grzegorz Zanto

Załoga „Grażynki”

Tomasz Sawicki,

Paweł Łosiński,

Grzegorz Kowalski

Załoga „Grażynki”

Tomasz Sawicki,

Paweł Łosiński,

Grzegorz Kowalski

1 thought on “Jelcz – Istambuł – Jelcz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *