Maluch ale nie taki….

Kolejne auto z garażu Joasi i Sławka …..

 

Kolejne auto z garażu Joasi i Sławka …..

Kupiłem go z 8 lat temu dla żartów. Nasi Rodzice zaczęli coraz bardziej nas naciskać, kiedy będzie maluch (oczywiście chodziło im o dziecko 😉).
Zadzwonił do mnie mój bardzo dobry kolega i informacją, że jego ciocia chce odsprzedać mu malucha. Niestety ( a może stety :), rozbił akurat samochód swego szefa i musiał odpuścić sobie malucha, bowiem potrzebował gotówki aby pokryć szkody.

Nadarzyła się zatem  okazja żeby zrobić rodzicom żart i poinformować o wyczekiwanym maluchu 😉😂😂

Sam samochód był już dosyć mocno zaniedbany, jednak postanowiłem go uratować. Od nowości należał do jednego właściciela, była to wersja eksportowa. Trochę była zapuszczony, jednak co ważne z małym przebiegiem.
Na marginesie, po zakupie tak bardzo polubiliśmy się z poprzednimi właścicielami , że traktują mnie jak rodzinę i cieszą się, iż ich maluszek dostał drugie życie.

 

 

Maluch – ten prawdziwy 🙂 chyba bardziej woli mercedesy, jak Tata 🙂

„Deszcze niespokojne potargały sad”.

Ten refren był przebojem na imprezie podsumowującej zakończenie sezonu rajdowego 2019.
Pogoda faktycznie nas nie rozpieszczała i lało przez trzy dni.
94 Oktany to jednak silna ekipa, która jest gotowa na wspaniałą przygodę bez względu na pogodę, a w zasadzie na niepogodę.


Ten refren był przebojem na imprezie podsumowującej zakończenie sezonu rajdowego 2019.
Pogoda faktycznie nas nie rozpieszczała i lało przez trzy dni.

94 Oktany to jednak silna ekipa, która jest gotowa na wspaniałą przygodę bez względu na pogodę, a w zasadzie na niepogodę. Ten refren był przebojem na imprezie podsumowującej zakończenie sezonu rajdowego 2019.
Pogoda faktycznie nas nie rozpieszczała i lało przez trzy dni.
94 Oktany to jednak silna ekipa, która jest gotowa na wspaniałą przygodę bez względu na pogodę, a w zasadzie na niepogodę.

Tym razem naszą rajdową imprezę przygotował Sławek wraz z Joanną (pewnie też pomagał mały Kubuś) oraz Radek i Dorota. Bazą rajdu został Świeradów Zdrój, czyli urocza miejscowość w górach Izerskich.
Piątek to tradycyjna kolacja powitalna, która trwa do bardzo późna albo i do rana? Niestety ja o drugiej nad ranem poszedłem spać, ale na parkiecie wirowały nadal jakieś pary… A może o tej porze było już nie do pary??

Sobota – pogoda bez zmian. Czyli zimno i pada.
Organizatorzy wykreślają jedną konkurencję z trasy rajdu.
W końcu o 10:00 formujemy korowód aut i przejeżdżamy na miejsce startu.
Chwilę później Sławek wypuszcza na trasę pierwszych rajdowców. Kolejne ekipy wyjeżdżają co dwie minuty. 17 załóg rusza w przepiękną trasę (zgodnie z mapką strzałkową).
Pierwszym zadaniem na trasie rajdu jest „zaliczenie” dołka, czyli trafienie do niego niewielką piłeczką przy jak najmniejszej liczbie uderzeń kijem. Trafiam za trzecim razem, co jak się potem okazuje, nie jest złym wynikiem.
Ruszamy dalej. Po drodze Zamek Czocha, gdzie czeka na nas kolejne zadanie. Bawimy się w fotografów. W wielu przypadkach bez sukcesów 😉

Ruszamy dalej i wykonujemy kolejne zadania z karty drogowej. Trasa jest dość wymagająca zarówno dla kierowców jak i samochodów. Ale mój pilot prowadzi po mapce z dokładnością do kilku centymetrów! Tak idealnego itinerera nie widziałem nigdy! Pełna profeska!!!
Robię jeszcze jedno zdjęcie z tygrysem i już jestem gotów by dotrzeć na koniec pierwszego etapu rajdu.

Wszystkie załogi są już na miejscu, czyli w restauracji „Rybna Chata”. Hitem okazują się flaki z lina. Nie będę się rozpisywał nad kulinarnymi zaletami restauracji. Po prostu kulinarne wyżyny, w przepięknym stylu.

 Na spotkanie przyjeżdża Zbyszek, którego poznałem lat temu chyba dziesięć. To od niego wszystko się zaczęło! Cała przygoda z rajdami, z klimatem oldtimerów, z mapkami drogowymi, z odkrywaniem miejsc i ich historii. Zbyszek Szereniuk (bo o nim mowa) to człowiek, któremu zawdzięczam to gdzie jestem teraz i co robię. Zbyszku dziękuję raz jeszcze i mam nadzieję do zobaczenia na naszych kolejnych imprezach.

Po przerwie obiadowej wracamy na trasę rajdu. „Pędzimy” powoli dalej.
„Czarci Młyn” to kolejna atrakcja na naszej mapie. Zwiedzamy linię produkcyjną fabryki mąki, którą dawniej woda napędzała. Słuchamy niezwykłych historii związanych z tym miejscem, a na końcu degustujemy chleb! Pyszny chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym. Mniam! Pychota!
A wspomnieć tu muszę, że i miody mają zacne.

Wieczorem docieramy na metę rajdu. Trasa ponad 110 kilometrów wspaniale przygotowana. I w tym miejscu raz jeszcze brawa dla organizatorów.

Wieczorem rozpoczyna się impreza. Dołączają do nas goście specjalni czyli Piotr i Joanna z Warszawy. Przywożą od naszego sponsora firmy „ANGLO CARS” nagrody dla zwycięzców rajdu.
Roman gra na gitarze, a my WSZYSCY śpiewamy. Naprawdę magiczna atmosfera i świetna zabawa.
Moim faworytem były dwa wykonania. Pierwsze to Joanny „Babę zesłał Bóg” a drugie to Mirka „Nie płacz Ewka”. Tu wyraźnie widać, że ekipa zgrana, ale nad aranżacjami trzeba będzie w maju popracować!
I tak zabawa do białego rana trwała, a o muzyczną oprawę zadbał tradycyjnie Edmund.

A w niedzielę przestało padać. Czy to jakiś znak?
Trochę żal było nam wracać do domów.
Było naprawdę fajnie i szkoda tylko, że tak wielu ekip zabrakło!


Grzegorz Zabierowski

Mercedes 560SL Dominika i Czarek

W tegoroczne wakacje podczas wycieczki do USA spotkaliśmy starszych ludzi, którzy chcieli w dobre ręce przekazać swojego ukochanego SL560

W tegoroczne wakacje podczas wycieczki do USA spotkaliśmy starszych ludzi, którzy chcieli w dobre ręce przekazać swojego ukochanego SL560


Szczęście, że to właśnie my stanęliśmy na ich drodze. Po samochód musieliśmy pojechać ponad 100 mil, ale gdy wjechaliśmy na farmę i zobaczyliśmy pięknego czarnego mercedesa wiedzieliśmy, że auto będzie nasze.
I tak się stało:) Powrotne 100 mil było super frajdą. My wróciliśmy do Polski pod koniec sierpnia, a nasze auto wypłynęło z Nowego Jorku w połowie września. Z niecierpliwością czekamy kiedy znajdzie się na naszym podjeździe.
PS : Zdjęcia robione były w Charlottesville.

Jelcz – Istambuł – Jelcz

A oto relacja Prezesa z wyprawy, pisana na gorąco….

A oto relacja Prezesa z wyprawy, pisana na gorąco….

Termin 10 września zaznaczyłem w kalendarzu już jakiś czas temu. Był tak odległy, że przez długi okres czasu nie wyskakiwał na trójdzielnych stronach kalendarza.

Pojawił się w lipcu i wydawał się wciąż odległy. Panika zrobiła się w sierpniu, że to właśnie się zbliża 10.

Stary Ford wymagał drobnych napraw, reklamodawców trzeba było „wykleić”, załatwić zieloną kartę, wizę turecką. Wreszcie nadszedł ten dzień i po zapakowaniu auta ruszamy ku przygodzie. Trasa wiedzie przez Nowy Sącz. To jakaś prowokacyjna nazwa miasta. Niby nie wspomina wprost o alkoholu, ale co ten młody z nazwy pije? Mijamy miasto z wielkiej płyty i przejeżdżamy Tatry. Po słowackiej stronie nic nie przykuwa naszej uwagi. Krowy, kozy, Skody. Zwłaszcza te ostatnie wypełnią pejzaż. Po dwóch godzinach przejeżdżamy Koszyce. Cygańskie miasto w centrum Europy. Cyganów nie widać, a na ulicach czysto. Coś tu jednak się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Przy wjeździe do miasta machają do nas dziewczyny, ale nie takie no wiecie. Odwzajemniamy gesty i już wiemy, że auto się podoba, bo przecież nie my. Nie że brzydcy, czy coś takiego. Po prostu nas nie widać wcale, bo siedzimy za oklejoną folią szybą, co najwyżej widać Irka i Krzysztofa. Wierzę więc w moc auta, a nie załogi w aspekcie efektu wow.

Pod wieczór wjeżdżamy na Węgry. Jednak zanim to się stanie czekają nas małe emocje. Przez przypadek wjeżdżamy na autostradę nie mając wykupionej opłaty drogowej. Kwadrans napięcia do granicy. Jak to na granicy jest i policja. Irek wkleja się na zderzak tira i przed samą policją ucieka na lewy pas. Omijamy bezradnych mundurowych. Udało się. Pewnie czytając to zapytasz czy nie lepiej było kupić winietę drogową. Nie nie lepiej. Za odcinek 30 kilometrów nie warto. Kraj ten przejechaliśmy prawie w całości bez autostrady. Węgry witają nas dziurami, ciemnością i zdezelowanymi autami. Jest dramat. Kupujemy opłatę drogową za 6000 na szczęście forintów i przelatujemy przez skansen komunizmu. O północy jesteśmy w Rumunii. Kolejna opłata drogowa. Tym razem na wesoło. Pani sprzedająca w zamian za 7 euro wypisuje nam karteczkę. 7 to nie 6000 więc dziękujemy bardzo pozostawiając na pożegnanie kilka lizaków.

Znajdujemy po godzinie jazdy nocleg w podłym zajeździe. Jest adekwatny do ceny. Nie po namyśle nie jest. Idziemy spać…

„Dwa dni w Rumunii to stanowczo za mało! Ten kraj jest jak magnes. Ma siłę przyciągania. Jest wciąż dziki i dziewiczy, nieskażony komercją. To raj dla miłośników przyrody okraszonej zamkami i legendami. Nas wciągnęła Alba Lulia. Przepiękna twierdza, dzisiaj jest wspaniałą atrakcją turystyczną. Po długiej przerwie ruszamy dalej, mijając urocze wioski i cygańskie miasteczko. Domy wyglądają jak szalona wizja architekta. Jest trochę jak w świątyni kiczu. No ale z gustami się nie dyskutuje. Pędzimy dalej do Sybina i to dosłownie. Wjeżdżamy na autostradę co w tym kraju jest raczej ewenementem. Sybin to w mojej ocenie najpiękniejsze rumuńskie miasto. Tu spotykamy się z załogą Zukietty z Chojnowa. Wyglądają jak rozjechani walcem. 1500 km w Żuku w 5 chłopa to naprawdę wyzwanie, tym bardziej że ostatnią noc spędził w aucie. Dajemy im chwilę odpoczynku, a sami jedziemy na camping. Oddalony o 12 km od centrum z ceną 26 euro za naszą ekipę i najpiękniejszym widokiem na góry. Jemy obiadek, który przygotowała „Sprytna Gosposia”. Wieczorem ruszany na spotkanie do centrum.”

 „Wpływamy do Bułgarii i to dosłownie. Późnym wieczorem docieramy nad Dunaj. Przed nami przeprawa promowa. Niewielkie promy zabierają na pokład zaledwie kilka aut. Upychają nas z 4 osobówkami i czterema ciężarówkami. Prom przypomina bardziej dużą tratwę niż statek. Wszystko jest dość siermiężne, nie ma barierek, oświetlenia ani zabezpieczeń. Dwa razy sprawdzamy czy mamy zaciągnięty hamulec ręczny i czy wbity jest bieg. Nic nie zabezpiecza i nie chroni auta przed spadnięciem do wody. Płyniemy szybko przez Dunaj który w tym miejscu ma ponad 3 kilometry szerokości. Nasza tratwa sunie w kompletnej ciemności. Po chwili docieramy na drugi brzeg. W.ciemnościach gubimy drogę do granicy. Szybko się jednak orientujemy i wracamy na granicę. Nasze auto wjeżdża do betonowej wanny a z góry zaczyna na nas kapać ciecz o zapachu chloru. Sama granicą wygląda jak po przejściu frontu. Kilka aut które przypłynęły z nami wciąż czekają na odprawę. Leniwi celnicy są w pracy którą szanują, przeciwnie do stojących w kolejce. Po dobrej chwili, nie wróć! Po długim postoju nasza kolej. Skrupulatny służbista odnajduje w naszym aucie kiełbasę. Nie byle jaką! Naszą pyszną wędzoną podhalańską! Robi się grubą afera. Oczami wyobraźni widzę nasze spektakularne zatrzymanie. Gruby strażnik wyciąga mnie z auta. Krzysztof trzyma w ręku reklamówkę z mięskiem. Ciekawe co nas czeka za próbę przemytu? W głowie kotłuje się co z nami będzie….

Trafiamy na zaplecze posterunku. Tam deponujemy kiełbasę. Lodówka zamknięta na gruby łańcuch pomimo zamknięcia otwiera się.

Inspektor sanitarny uśmiecha się.szeroko i wkłada worek do lodówki. I po sprawie.

Wjeżdżamy do Bułgarii. Jeszcze 220 kilometrów i znów spędzimy noc z załogą Zukietty. Nie ukrywam że brakuje nam ich poczucia humoru.”

Właśnie zbliżamy się do granicy z Turcją i wieczorem powinniśmy osiągnąć cel czyli Istambuł.

Turcja.

Wjeżdżamy na granicę turecką i po odwiedzeniu czterech okienek udaje nam się ruszyć w dalszą drogę. Dwukrotnie zatrzymujemy się aby kupić winietę i zamiast porady jak kupić, dostajemy poradę jak dojechać za darmo. Do Istambułu docieramy późnym wieczorem a pokonanie 20 milionowego miasta zajmuje 2 godziny. Wreszcie trafiamy do naszego hotelu. Hotel Dilek położony jest w „szemranej” dzielnicy i trochę obawiamy się o nasz samochód, jak się później okazuje zupełnie niepotrzebnie. Tu już czeka na nas załoga „Żukietty” z Oldtimer Chojnów. Decydujemy się na wyprawę do miasta na jedzenie. W ulicznym barze zamawiamy lokalne jedzenie a w oczekiwaniu próbujemy papryki tak ostrej, że łzy napływają same do oczu. Smakujemy przystawki w formie małż co jak się okazuje nie jest najlepszym pomysłem….

Rano ruszamy na zwiedzanie miasta. Chyba tradycyjne jak większość przyjezdnych ruszamy na Grand Bazar. To świątynia kiczu i podróbek wszystkich marek świata. Bez problemu można tu nabyć buty, koszulki spodnie i perfumy. Oczywiście są też dywany, chusty i okropnie słodkie tureckie słodycze.

Przenosimy się do herbaciarni na sziszę a później ruszamy do obowiązkowych atrakcji turystycznych. Wieczorem docieramy nad zatoką Bosfor. Za równowartość 7 zł płyniemy do Azji i z powrotem.

W nocy lądujemy w hotelu a w zasadzie na jego dachu z którego rozpościera się wspaniały widok na morze Marmara. Nas jednak hipnotyzuje toczące się do okoła życie. Pomimo późnej pory na ulicy bawią się dzieci, na przeciw nas na dużym placu ktoś segreguje śmieci a w ciasnych piwnicach obierane są małże i gotowana kasza. Tu raczej nigdy nie zagląda sanepid. Zapach gotowanych małż a w zasadzie jego smród jest tak gęsty że ciężko oddychać. Na szczęście zatoką Bosfor to miejsce w którym cały czas wieje wiatr.

Oglądanie a w zasadzie podglądanie życia które toczy się na tych uliczkach to doznania i wrażenia których nie serwuje biuro podróży. Teraz dopiero czujemy jak bardzo ciekawe jest to miasto. Miasto w którym można bez problemu zobaczyć drogie modele samochodów ale i biednych skromnych ludzi którzy ciężko pracują by przeżyć.

Zdarza nam się przyglądać jak dorastająca młodzież pcha po ulicach ciężkie wozy, sprzedających na każdym rogu kebaby Turków.

Istambuł to ogromny tygiel, garnek w którym pomieszane są wszystkie smaki świata.

Trzeba być jednak bardzo czujnym, można kupić gałkę loda za 16 złotych albo zjeść dobry obiad za podobne pieniądze.

Jutro drugi dzień zwiedzania.

Opuszczamy Turcję i wjeżdżamy do Grecji.

Pierwsza zauważalna zmiana to o wiele gorsza nawierzchnia. Kierowcy jeżdżą zgodnie z przepisami ale na drogach spotkać można wiele starych aut. Nas zachwycają napotykane „graty” więc często zatrzymujemy się by zrobić zdjęcie. Jedziemy wybrzeżem w kierunku Salonik, widoki są wspaniałe. Po południu zatrzymujemy się na polu namiotowym. Cena za 4 osoby, auto i namiot 20 euro. Pędzimy na pustą piaszczystą plażę i wbiegamy do ciepłego morza. Wieczorem zamawiamy pizzę specjale i zimne piwo. Pizza smakiem nie nawiązuje do nazwy. Rano w dalszą drogę. Mijamy liczne pola bawełny i plantacje winogron. Pniemy się teraz mozolnie pod górę w kierunku Bułgarii.

Bułgaria.

Na granicy wita nas uśmiechnięty celnik.

Wypowiada po angielsku „dont wory, be happy” i oddaje paszporty. Chwilę później zatrzymują nas chodzące po drodze krowy.

Zatrzymujemy się w muzeum Retro Auto. Oglądamy pokaźną kolekcję zabytkowych samochodów dominują głównie Jaguary i auta sportowe ale jest też Citroen 2CV i Mini Moris. Nakręceni jedziemy do kolejnego muzeum motoryzacji,tym razem kolekcja ograniczenia się tylko do aut z dawnego bloku wschodniego. Łady, Wołgi, Moskwicza ale i polski Fiat 126 i Warszawa 223. Oprócz samochodów podziwiamy zbiory pamiątek z tamtego okresu. Gumy Turbo, magnetofony szpulowe, czarno-białe telewizory, suszarki i tenisówki. Ruszamy w dalszą podróż a bułgarskie wioski wciąż wyglądają jak by czas się tu zatrzymał. Osiołki ciągną wozy z warzywami, na ulicach spotykamy licznie występujące Łady 2104 ale trafia się polski Fiat 125 z 1970 roku. Dalej jedziemy autostradą do Serbii. 10 km przed granicą kończy się droga i ostatnie kilometry pokonujemy po dziurawej kostce z żwirowymi plackami. Ograniczenie prędkości do 20 km/h a to i tak o wiele za dużo.

Na granicy żegna nas kolejny uśmiechnięty bułgarski celnik, który na widok naszego auta puszcza nas poza kolejką.

Serbia wita nas piękną autostradą.

Radek nasz sternik pokładowy pobija nasz rekord prędkości i z górki pędzimy 120 km/h. Na chwilkę zjeżdżamy na drogę krajową która malowniczo wije się między górami.

Ponownie robimy dziesiątki zdjęć i filmów.

Wracamy na autostradę gdzie kilometry szybko mijają. Nasz zepsuty licznik kilometrów kręci kolejne 20 km na minutę. A może on działa prawidłowo?

Za oknem robi się ciemno a to dopiero 19 godzina. Jest też zimno, zaledwie 19 st. C.

Przed nami Węgry.

Na ostatnim poborze opłat w Serbii stoi VW na polskich rejestracjach. Rodacy mają problem. Silnik zgasł i nie chce zapalić. Przepychamy auto do okienka kasy i dalej na pas awaryjny. Próbujemy usunąć awarię, która wygląda na uszkodzony akumulator.

Niestety to nie to. Próbujemy usunąć awarię ale jest druga w nocy, stoimy na autostradzie i doskwiera nam zimno. Szybka decyzja i holujemy ich auto na lince (pasie transportowym) do granicy węgierskiej. Kilometr przed granicą zostawimy ich na stacji paliw. Tu są bezpieczni, mają zasięg telefonu z UE i ciepłe posiłki. Dalej muszą sobie poradzić sami, nie możemy im więcej zaoferować. Jak się okazuje wracają z wakacji w Albanii i mają assistance który po nich przyjedzie. Ruszamy na granicę. Ostatni raz mam nadzieję wyciągamy dokumenty do kontroli.

O 3:00 w nocy powinniśmy być w Budapeszcie. Załoga decyduje się na nocną jazdę do domu. Wszyscy jesteśmy zmęczeni ale tęsknimy za domem i naszymi bliskimi. Na liczniku już ponad 5.000 km odkąd wyruszyliśmy z domu.

Pozdrawiamy serdecznie

Załoga Ekspedycji charytatywnej 94 Oktany dla DCO w składzie:

Grzegorz Zabierowski-Kapitan

Radosław Babijczuk-Sternik

Ireneusz Jurasik- I Oficer

Krzysztof Cierlik- Bosman

Załoga Ekspedycji charytatywnej Żukietta

Tomasz Halikowski,

Jerzy Antoszczuk,

Karol Ługowski

Maciej Kościcki,

Grzegorz Zanto

Załoga „Grażynki”

Tomasz Sawicki,

Paweł Łosiński,

Grzegorz Kowalski

Załoga „Grażynki”

Tomasz Sawicki,

Paweł Łosiński,

Grzegorz Kowalski

Baleron prezent

Samochód kupiliśmy zupełnym przypadkiem. Posiadaliśmy już zdecydowanie zbyt wiele aut i nawet nie  bardzo mieliśmy miejsce na kolejne, no ale…

Samochód kupiliśmy zupełnym przypadkiem. Posiadaliśmy już zdecydowanie zbyt wiele aut i nawet nie  bardzo mieliśmy miejsce na kolejne, no ale…

Nasz Szanowny Prezes (Oby Żył Wiecznie) poinformował mnie pewnego dnia, że jego sąsiadka chce oddać w dobre ręce swojego Mercedesa W124. Posiadaliśmy już kilka mercedesów, jednak wszystko to „S klasy”.  Szczerze mówiąc, nie bardzo interesowała mnie 124-ka, jednak pojechaliśmy ją zobaczyć.
Samo auto na pierwszy rzut oka nie za bardzo mnie zauroczyło, za to spodobała mi się bardzo jego historia i to chyba był jedyny powód, dla którego go kupiliśmy.
Samochód należał do przemiłej Pani. Otrzymała go od męża 25 lat temu. Wjechał nim na ulice Wrocławia owiniętym przez całe auto czerwoną kokardą. To były czasy, kiedy takich samochodów u nas się nie widywało za dużo, a tu nie dość że sam samochód robił naprawdę wielkie łał, to na dodatek sposób w jaki podjechał pod dom swej właścicielki ! Nic też dziwnego. że był specjalnie traktowany – przez cały czas użytkowania był kolejnym członkiem rodziny.
Jak pisałem wcześniej kupiłem go tylko ze względu na tę historię, nawet nie planowałem nim jeździć. W końcu kto by chciał w teraz jeździć samochodem, który do setki rozpędza się dwa dni 😉😁 … No i to się zmieniło. Ten mercedes stał się jednym z moich ulubionych aut jakie posiadam, tak naprawdę to w nim dostrzegłem kwintesencję mercedesa, nie w dużo bardziej luksusowych i wielokrotnie droższych V8-kach SEC-ach czy 560SEL). Teraz to dla mnie jest członkiem rodziny, oraz jednym z najważniejszych dla mnie samochodów. Było przy nim trochę pracy, trochę jeszcze zostało, jednak ten kojący dźwięk „klekotu bociana”, ta wygoda, tego nie da się opisać.
Sama historia zakupu też była nietypowa, ponieważ ten mercedes chyba od początku na mnie czekał – to było jakieś przeznaczenie. Jak Grzegorz poinformował mnie o aucie , o jego cenie (naprawdę symbolicznej cenie), jakoś się nie spieszyłem żeby jechać do Wrocławia. Zadzwoniłem dopiero po tygodniu i dowiedziałem się, że mogę przyjechać, ale i tak nie mogę go kupić, ponieważ jest zarezerwowany do końca tygodnia.

W międzyczasie dowiedziałem się, że mój dobry kolega chce sprzedać swoje 124. Maniak mercedesów, dobry kolega, dobre znajome auto (z mocniejszym silnikiem, z młodszym wyglądem ) i dobrą ceną. Na pozór wybór był oczywisty – tylko formalność. Ale auto nie chciało odpalić i jakoś na tyle mnie to zniechęciło, że zrezygnowałem. Stwierdziłem że pojadę jednak najpierw do Wrocławia i do dzisiaj nie żałuję.

I tak do garażu Joasi i Sławka przybył nowy mieszkaniec 🙂

 

Tylko w mercedesie tak się smacznie śpi …..