„Deszcze niespokojne potargały sad”.


Ten refren był przebojem na imprezie podsumowującej zakończenie sezonu rajdowego 2019.
Pogoda faktycznie nas nie rozpieszczała i lało przez trzy dni.

94 Oktany to jednak silna ekipa, która jest gotowa na wspaniałą przygodę bez względu na pogodę, a w zasadzie na niepogodę. Ten refren był przebojem na imprezie podsumowującej zakończenie sezonu rajdowego 2019.
Pogoda faktycznie nas nie rozpieszczała i lało przez trzy dni.
94 Oktany to jednak silna ekipa, która jest gotowa na wspaniałą przygodę bez względu na pogodę, a w zasadzie na niepogodę.

Tym razem naszą rajdową imprezę przygotował Sławek wraz z Joanną (pewnie też pomagał mały Kubuś) oraz Radek i Dorota. Bazą rajdu został Świeradów Zdrój, czyli urocza miejscowość w górach Izerskich.
Piątek to tradycyjna kolacja powitalna, która trwa do bardzo późna albo i do rana? Niestety ja o drugiej nad ranem poszedłem spać, ale na parkiecie wirowały nadal jakieś pary… A może o tej porze było już nie do pary??

Sobota – pogoda bez zmian. Czyli zimno i pada.
Organizatorzy wykreślają jedną konkurencję z trasy rajdu.
W końcu o 10:00 formujemy korowód aut i przejeżdżamy na miejsce startu.
Chwilę później Sławek wypuszcza na trasę pierwszych rajdowców. Kolejne ekipy wyjeżdżają co dwie minuty. 17 załóg rusza w przepiękną trasę (zgodnie z mapką strzałkową).
Pierwszym zadaniem na trasie rajdu jest „zaliczenie” dołka, czyli trafienie do niego niewielką piłeczką przy jak najmniejszej liczbie uderzeń kijem. Trafiam za trzecim razem, co jak się potem okazuje, nie jest złym wynikiem.
Ruszamy dalej. Po drodze Zamek Czocha, gdzie czeka na nas kolejne zadanie. Bawimy się w fotografów. W wielu przypadkach bez sukcesów 😉

Ruszamy dalej i wykonujemy kolejne zadania z karty drogowej. Trasa jest dość wymagająca zarówno dla kierowców jak i samochodów. Ale mój pilot prowadzi po mapce z dokładnością do kilku centymetrów! Tak idealnego itinerera nie widziałem nigdy! Pełna profeska!!!
Robię jeszcze jedno zdjęcie z tygrysem i już jestem gotów by dotrzeć na koniec pierwszego etapu rajdu.

Wszystkie załogi są już na miejscu, czyli w restauracji „Rybna Chata”. Hitem okazują się flaki z lina. Nie będę się rozpisywał nad kulinarnymi zaletami restauracji. Po prostu kulinarne wyżyny, w przepięknym stylu.

 Na spotkanie przyjeżdża Zbyszek, którego poznałem lat temu chyba dziesięć. To od niego wszystko się zaczęło! Cała przygoda z rajdami, z klimatem oldtimerów, z mapkami drogowymi, z odkrywaniem miejsc i ich historii. Zbyszek Szereniuk (bo o nim mowa) to człowiek, któremu zawdzięczam to gdzie jestem teraz i co robię. Zbyszku dziękuję raz jeszcze i mam nadzieję do zobaczenia na naszych kolejnych imprezach.

Po przerwie obiadowej wracamy na trasę rajdu. „Pędzimy” powoli dalej.
„Czarci Młyn” to kolejna atrakcja na naszej mapie. Zwiedzamy linię produkcyjną fabryki mąki, którą dawniej woda napędzała. Słuchamy niezwykłych historii związanych z tym miejscem, a na końcu degustujemy chleb! Pyszny chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym. Mniam! Pychota!
A wspomnieć tu muszę, że i miody mają zacne.

Wieczorem docieramy na metę rajdu. Trasa ponad 110 kilometrów wspaniale przygotowana. I w tym miejscu raz jeszcze brawa dla organizatorów.

Wieczorem rozpoczyna się impreza. Dołączają do nas goście specjalni czyli Piotr i Joanna z Warszawy. Przywożą od naszego sponsora firmy „ANGLO CARS” nagrody dla zwycięzców rajdu.
Roman gra na gitarze, a my WSZYSCY śpiewamy. Naprawdę magiczna atmosfera i świetna zabawa.
Moim faworytem były dwa wykonania. Pierwsze to Joanny „Babę zesłał Bóg” a drugie to Mirka „Nie płacz Ewka”. Tu wyraźnie widać, że ekipa zgrana, ale nad aranżacjami trzeba będzie w maju popracować!
I tak zabawa do białego rana trwała, a o muzyczną oprawę zadbał tradycyjnie Edmund.

A w niedzielę przestało padać. Czy to jakiś znak?
Trochę żal było nam wracać do domów.
Było naprawdę fajnie i szkoda tylko, że tak wielu ekip zabrakło!


Grzegorz Zabierowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *