Tradycja wymaga, abym opisał choć w kilku słowach wrażenia z październikowego rajdu. Zaczynałem zatem swoją opowieść… i skreślałem napisane już zdania. Przez miesiąc. Wena przyjść nie chciała – choć szans miała dużo.

Jednak zaczynam kolejny raz – i być może ze skutkiem dość marnym.  Jeśli zatem ktoś szuka w tekście tym satyry, albo jakiejś mądrości… lepiej niech już obejrzy sobie wiadomości.

Zatem w kilku prostych zdaniach postaram się zmieścić małe podsumowanie IV rajdu.

Jak pewnie wszyscy pamiętamy tradycją naszą było, by w maju się spotkać i o tytuł mistrza powalczyć. Niestety zaraza ten piękny świat zalała i nasze plany kompletnie zniweczyła.

Termin więc na „majówkę” wyznaczony był nowy a dokładnie – październikowy. Wydawać by się mogło, jak głosi stare przysłowie „co się odwlecze, to nie utonie” czy jakoś tak…. Jednak i  tu pojawiły się perturbacje.

Do rajdu majowego mieliśmy przygotowaną „bazę noclegową”, trasę rajdu, liczne atrakcje i w zasadzie wszystko pozapinane niczym guziki w żołnierskim mundurze. Jednak maj przeminął i cała nasza praca poleciała w otchłań, a konkretnie do kosza.

Od dnia wyznaczenia nowego terminu do rozpoczęcia rajdu mieliśmy cztery miesiące. Wydawać by się mogło, że sporo to czasu na przygotowania. Nic bardziej mylnego. W maju przemodelowałem życie mojej rodziny stawiając wszystko na głowie. Taka życiowa rewolucja albo „dobra zmiana”, chociaż ten ostatni zwrot wyjątkowo nędznie się kojarzyć może.  Tak więc podobnie jak w taksówce napis „wolny” na „zajęty” zamienić musiałem. W ferworze zmian dni uciekały, a przygotowania do rajdu nie posuwały się do przodu nawet o krok.  I tak oto kartka z kalendarza z sierpnia na wrzesień przeskoczyła. Mnie ogarnęła panika – nic nie było gotowe. Kilka(naście) telefonów i prace ruszyły w trybie mega pilnym. 6 września (termin doskonale pamiętam, bo urodziny w tym dniu obchodzę) ruszyły prace pełną mocą. Część obowiązków przejął na siebie Tadeusz Gawrysiuk, który stał się współgospodarzem tej szalonej imprezy. Na dwa tygodnie przed startem, ze wsparciem przybyła Kasia z Adamem.  Od samego początku pracował z nami Piotr przygotowując grafikę, foldery i plakaty. Stworzył naklejki, numery startowe i te „bardzo proste” pytania co na teście były. Na dodatek to wszystko na język czeski przetłumaczył pięknie.

I tak wrzesień przeminął i nastał październik. Dzień zero.

Impreza nasza dla nielicznych załóg 4 dni trwała. Pierwszego października niewiele się działo, trochę wina się piło i trochę śpiewało. Drugiego października to już inna bajka.  Wycieczka się odbyła po „majowej” trasie. Ci co byli to Zámek Jindřichov zwiedzili. Później mieliśmy przyjemność Pałac Slezské Rudoltice zobaczyć. Historii tak niezwykłej o miłości, szaleństwie i upadku usłyszeć. Na deser do „Pielgrzymowa” ruszyliśmy, gdzie mogliśmy zobaczyć jak niewiele trzeba, by ludzi z pamięci wymazać.

Trzeci października to ta słynna data – rusza IV Rajd Klubu 94 Oktany. Z międzynarodową obsadą.

Na starcie rajdu 32 załogi w konkury przybyły. Byli Czesi i znad Morza Bałtyckiego załogi, a i z samej stolicy też liczniej goście przybyli. Auta bardzo stare i tych nowszych trochę. Pierwszy etap wszyscy sprawnie pokonali, by na jego końcu „Meta Muzeum” odwiedzić.  Miejsce wręcz magiczne, a dla miłośników motoryzacji obowiązkowe. Kolejna atrakcja na naszej drodze to muzeum gazownictwa.

Później się rozpoczął etap rajdu drugi, z Paczkowa do Głuchołaz poprzez polne drogi. Za te polne drogi wiele skarg i zażaleń wpłynęło. A ja powtarzam – tak to kiedyś było. Bez taryfy ulgowej.  Na metę prawie wszystkie załogi dotarły (uśmiech na twarzach gościł), więc wnioskuję, że rajd był udany.

A teraz na poważnie… Bardzo wszystkich proszę o wybaczenie tych niedoskonałości, które ja widziałem i mam nadzieję tylko niewielu przybyłych gości.

Szczególne podziękowania dla:

Joanny,  Piotra, Katarzyny, Adama, Eweliny (Dżesi), Bogumiła, Tadeusza.

Na koniec wypada napisać małe przeprosiny.

Zaprosiłem WSZYSTKIE uczestniczące załogi na imprezę do bazy rajdu w O.W. „Drogowiec”. Niestety ze względu na zagrożenie epidemiczne i wewnętrzne przepisy ośrodka, nasz spotkanie nie doszło do skutku. Na swe usprawiedliwienie mam tylko to, że wcześniej o tym nie wiedziałem. Alternatywnie miało odbyć się ognisko, ale tego niestety przy silnym wietrze nie dało się zrobić.

Tak więc mam świadomość, że nie udało się wszystko co obiecałem. Przykro mi niezmiennie, bo i Tadeusz miał dla Was niespodziankę na wieczorne spotkanie. Przepraszam za to raz jeszcze.

 Grzegorz Zabierowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *