V rajd Klubu 94 Oktany.

Taka tradycja w 94 Oktanach panuje, że Prezes podsumowuje. Tak teraz sobie myślę, że fajnie mają z tym Prezesem… Ale przecież nie o Prezesie, a o majowym rajdzie miało być.

Bożejów. Wszyscy pytali jak ja znalazłem takie ładne miejsce.

Nie ukrywam, że lubię województwo opolskie. Lubię wąskie dróżki, urocze wioski, ukryte w lasach pałace, zamki, kulinarną odmienność.

Moim pierwszym wyborem były Krapkowice. Przeurocze miasto znane z kultowych butów, które nosiłem przez wszystkie lata szkoły. Szukałem więc bazy noclegowej w Krapkowicach i otoczeniu miasta. Odpowiedniej bazy noclegowej, czyli takiej, która pomieści naszą liczną „gromadkę”, nie zabije cenowo i pozwoli bezpiecznie zaparkować auta. Początkowo wybór padł na Młyn w Krapkowicach i bazę noclegową w Gogolinie. Nie byłem jednak do końca przekonany do takiego rozwiązania. Poszukiwania trwały więc dalej.

I tak pewnego dnia wyszukiwarka Google (która wie wszystko) znalazła Zamek Bożejów. No… powiedzmy, że razem znaleźliśmy. I tak gdzieś w lutym zapakowaliśmy się do naszej Lanci, zabraliśmy po drodze Anię (nazwisko znane nie tylko redakcji, ale wspomnę tylko, że to nasza Ania, co kiedyś była sędzią, a teraz ma Victorię) i ruszyliśmy do zamku. Jedziemy, jedziemy, rozmawiamy, obserwujemy płaskie jak stół, lekko obielone śniegiem pola i iglaste lasy.

O 11:30 parkujemy pod Zamkiem Bożejów. Panuje tu kompletna cisza, wokół nie ma nikogo, nie ma nawet zasięgu telefonii komórkowej. Gdzieś w oddali panuje covid, tu jednak naprawdę wygląda jak by wszyscy umarli.

Spotkanie umówiłem na 12:00, więc idziemy na spacer. Spacerujemy, zajadamy kanapki, które zrobiła Ania i popijamy herbatą z jej termosu. Przecież wiele razy mówiłem, że Ania to skarb.

Jest jak na miłej wyprawie.

W południe wracamy do zamku. Nadal nikogo nie ma. Zaczynam się denerwować. O 12:30 wpadam w gniew. To ja, w wolną sobotę, dwie godziny jadę, a ktoś nas tak traktuje! Trudno, widocznie im nie zależy. Wracamy do domu. Po drodze, w Wołczynie sprawdzam pocztę. Sprawdzam i czytam: „Zgodnie z ustaleniami spotykamy się na zamku o 13:00”. O kuchnia (użyję zamiennika, tak grzecznie nie przeklinam).

Dzwonię pod podany w wiadomości numer telefonu. Odzywa się miły kobiecy głos: „Tak, oczywiście będziemy. Zgodnie z ustaleniami o trzynastej. Bo wie pan, my specjalnie z Krapkowic jedziemy, aby się z wami spotkać.”. W takim razie do zobaczenia…. kończę rozmowę.

20 minut później znowu parkujemy pod zamkiem Bożejów. Tym razem nie jesteśmy już sami.

Gościnni gospodarze oprowadzają nas po zamku, kuźni, kuchni i restauracji. Tu jest cudownie!
Piękne pokoje, czysto i tak, jak sobie to wyobrażałem. Dostajemy dużą zniżkę w cenie. Spisujemy w moim kalendarzu kilka zdań i mamy załatwioną bazę na rajd majowy. Tak oto zamek stał się naszą bazą.

Maj nadchodził wielkimi krokami. Zbliżał się wprost proporcjonalnie do obostrzeń wprowadzanych przez rząd. Kasia z Adamem przygotowali trasy na rajd. Rajd majowy miał trwać 2 dni. Było więc co robić i ustalać. Z dnia na dzień zmniejszały się jednak szanse na zrobienie tej imprezy w zaplanowanym terminie.

Po pierwsze zainteresowanie rajdem było delikatnie mówiąc małe. Po drugie sakiewki większości z nas mocno opustoszały . Moja sytuacja finansowo wyglądała zresztą podobnie jak u większości w kwietniu. Covid to straszna broń, którą nas zaatakowali Chińczycy.

Szukaliśmy legalnych i nieco mniej legalnych rozwiązań na rządowe zakazy. Moje pomysły były desperackie…pobyt sanatoryjny, szkolenie zawodowe, przygotowania do zawodów sportowych, a nawet letnia olimpiada samochodów zabytkowych. Sam rząd też się musiał nakombinować, by Andrzej mógł pojeździć na nartach. Takie to były czasy.

Do ściany „przyparł” mnie kolega Piotr i tak do mnie rzecze: „Wiem, że chcesz zrobić imprezę, ale to ogromne ryzyko. Jeśli coś się wydarzy, to masz prokuratorskie śledztwo. Masz sporo do stracenia. Mówię ci to jako twój przyjaciel. Ja bym na twoim miejscu odpuścił.”

Odpuściłem. Przełożyłem termin V rajdu. I tu dziękuję Piotrowi za to, że mnie tak zastopował.

Czas płynął wolniej, aż w końcu przyśpieszył tak gdzieś w końcówce sierpnia. Nasze przygotowania, tym razem do jesiennej edycji rajdu, znowu przybrały na sile. Kolega Piotr objął organizacyjnie swoim skrzydłem sporą część pracy. Mnie przypadło „dograć” szczegóły z zamkiem i wyznaczyć trasę rajdu. Wytyczanie trasy rajdu to dla mnie najfajniejsza sprawa w organizacji.

I tak najpierw z mapami Google robię rozeznanie terenu. Później przychodzi zderzyć to z rzeczywistymi drogami. Pierwotną trasę pokonałem z Adamem jego Dodgem. Mile spędziliśmy czas odkrywając to, co później Kasia zamieniła na strzałki i kreski.
Tu pojawia się kolejna urocza historia.
W miejscowości „Murów” nad brzegiem Budkowiczanki uparłem się na zrobienie pierwszego punktu kontrolnego. Urocze miejsce, w którym się zakochałem od pierwszego wejrzenia.

Problemem mogła okazać się wąska droga prowadząca do prywatnej posesji.

Postanowiłem zapytać gospodarzy czy mogę tak pod ich domem zamieszania narobić.

Pukałem, stukałem, nikt nie otwierał. Trudno… tu jest tak pięknie, że trzeba to ludziom pokazać.

Aż w dniu rajdu zaczynają nadjeżdżać wszystkie załogi i tłumnie gromadzić się na malutkiej dróżce.  No i z domu, do którego prowadzi droga wychodzą przyjaźnie nastawieni ludzie.

Grzecznie tłumaczę, że my tylko na chwilę, i że zaraz znikamy. W odpowiedzi dostałem dwa wina domowej roboty i życzenia wszelkiej pomyślności dla naszego klubu.

Później trasa wiodła przez Pokój. Urocza, wręcz niewiarygodna i zakręcona historia tego miejsca powoduje, że trzeba to zobaczyć i przeczytać.  To rondo w Pokoju…ech… zresztą poszukajcie tej historii na własną rękę.

Później to już był Paryż. Szybki przelot do Wołczyna i przystanek pod piramidą. Wysoka na 9 metrów piramida wznosi się w Rożnowie. Ostatnia długa prosta i docieramy do Byczyny. Tu kończy się pierwszy etap rajdu i zaczyna się eksploracja historii. Załogi wita uśmiechnięta Pani Burmistrz Byczyny. Mamy okazję skosztować chleba z domowym smalcem, ogórków i słodkich przekąsek. Udajemy się na zwiedzanie wieży ratuszowej i wystawy związanej z historią miasta. Niezliczona ilość schodów prowadzi na szczyt widokowych doznań. Zaglądamy jeszcze do protestanckiego kościoła. Po obiedzie wyruszamy z Byczyny i zaczyna się II etap rajdu.

Zgodnie z mapą rajdową „wleczemy” się do Grodu Rycerskiego. Ta niewielka prędkość podróżna ma wielki wpływ na wynik w rywalizacji rajdowej. A pomiaru dokonuje radar policji z Kluczborka.

Kolejny punkt programu to już wspomniany gród rycerski. Trafiamy w sam środek walk rycerskich.

Atmosfera przenosi nas w odległe czasy. Leje się krew, wino i piwo. Mężczyźni w zbrojach walczą. Ale o co? Wolę nie wiedzieć, bo przykładają się do tego naprawdę mocno.
Wieczorem docieramy na metę rajdu do Zamku Bożejów. Jest ognisko, bigos, kiełbasa, gitara i śpiew. Roman z Komandorem Piotrem raczą nas muzycznymi hitami. Mam wrażenie, że z każdą łyżką bigosu wszyscy śpiewamy lepiej i głośniej. W tej dość luźnej atmosferze zostały rozdane puchary dla zwycięskich załóg. Tu raz jeszcze im gratuluję wygranej.

Tytuł Paryż-Byczyna nawiązuje do słynnego rajdu samochodów zabytkowych Pekin-Paryż.

Czy ten nasz jest lepszy? Oczywiście. Choć u nas nie było wpisowego w kwocie 40.000 dolarów 😉 Ale kto wie co będzie za rok!

Pozdrawiam

Grzegorz Zabierowski,

Wasz Prezes

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *