Rajd Paryż-Byczyna lepszy niż Paryż-Pekin.

Rajd piórem Prezesa

V rajd Klubu 94 Oktany.

Taka tradycja w 94 Oktanach panuje, że Prezes podsumowuje. Tak teraz sobie myślę, że fajnie mają z tym Prezesem… Ale przecież nie o Prezesie, a o majowym rajdzie miało być.

Bożejów. Wszyscy pytali jak ja znalazłem takie ładne miejsce.

Nie ukrywam, że lubię województwo opolskie. Lubię wąskie dróżki, urocze wioski, ukryte w lasach pałace, zamki, kulinarną odmienność.

Moim pierwszym wyborem były Krapkowice. Przeurocze miasto znane z kultowych butów, które nosiłem przez wszystkie lata szkoły. Szukałem więc bazy noclegowej w Krapkowicach i otoczeniu miasta. Odpowiedniej bazy noclegowej, czyli takiej, która pomieści naszą liczną „gromadkę”, nie zabije cenowo i pozwoli bezpiecznie zaparkować auta. Początkowo wybór padł na Młyn w Krapkowicach i bazę noclegową w Gogolinie. Nie byłem jednak do końca przekonany do takiego rozwiązania. Poszukiwania trwały więc dalej.

I tak pewnego dnia wyszukiwarka Google (która wie wszystko) znalazła Zamek Bożejów. No… powiedzmy, że razem znaleźliśmy. I tak gdzieś w lutym zapakowaliśmy się do naszej Lanci, zabraliśmy po drodze Anię (nazwisko znane nie tylko redakcji, ale wspomnę tylko, że to nasza Ania, co kiedyś była sędzią, a teraz ma Victorię) i ruszyliśmy do zamku. Jedziemy, jedziemy, rozmawiamy, obserwujemy płaskie jak stół, lekko obielone śniegiem pola i iglaste lasy.

O 11:30 parkujemy pod Zamkiem Bożejów. Panuje tu kompletna cisza, wokół nie ma nikogo, nie ma nawet zasięgu telefonii komórkowej. Gdzieś w oddali panuje covid, tu jednak naprawdę wygląda jak by wszyscy umarli.

Spotkanie umówiłem na 12:00, więc idziemy na spacer. Spacerujemy, zajadamy kanapki, które zrobiła Ania i popijamy herbatą z jej termosu. Przecież wiele razy mówiłem, że Ania to skarb.

Jest jak na miłej wyprawie.

W południe wracamy do zamku. Nadal nikogo nie ma. Zaczynam się denerwować. O 12:30 wpadam w gniew. To ja, w wolną sobotę, dwie godziny jadę, a ktoś nas tak traktuje! Trudno, widocznie im nie zależy. Wracamy do domu. Po drodze, w Wołczynie sprawdzam pocztę. Sprawdzam i czytam: „Zgodnie z ustaleniami spotykamy się na zamku o 13:00”. O kuchnia (użyję zamiennika, tak grzecznie nie przeklinam).

Dzwonię pod podany w wiadomości numer telefonu. Odzywa się miły kobiecy głos: „Tak, oczywiście będziemy. Zgodnie z ustaleniami o trzynastej. Bo wie pan, my specjalnie z Krapkowic jedziemy, aby się z wami spotkać.”. W takim razie do zobaczenia…. kończę rozmowę.

20 minut później znowu parkujemy pod zamkiem Bożejów. Tym razem nie jesteśmy już sami.

Gościnni gospodarze oprowadzają nas po zamku, kuźni, kuchni i restauracji. Tu jest cudownie!
Piękne pokoje, czysto i tak, jak sobie to wyobrażałem. Dostajemy dużą zniżkę w cenie. Spisujemy w moim kalendarzu kilka zdań i mamy załatwioną bazę na rajd majowy. Tak oto zamek stał się naszą bazą.

Maj nadchodził wielkimi krokami. Zbliżał się wprost proporcjonalnie do obostrzeń wprowadzanych przez rząd. Kasia z Adamem przygotowali trasy na rajd. Rajd majowy miał trwać 2 dni. Było więc co robić i ustalać. Z dnia na dzień zmniejszały się jednak szanse na zrobienie tej imprezy w zaplanowanym terminie.

Po pierwsze zainteresowanie rajdem było delikatnie mówiąc małe. Po drugie sakiewki większości z nas mocno opustoszały . Moja sytuacja finansowo wyglądała zresztą podobnie jak u większości w kwietniu. Covid to straszna broń, którą nas zaatakowali Chińczycy.

Szukaliśmy legalnych i nieco mniej legalnych rozwiązań na rządowe zakazy. Moje pomysły były desperackie…pobyt sanatoryjny, szkolenie zawodowe, przygotowania do zawodów sportowych, a nawet letnia olimpiada samochodów zabytkowych. Sam rząd też się musiał nakombinować, by Andrzej mógł pojeździć na nartach. Takie to były czasy.

Do ściany „przyparł” mnie kolega Piotr i tak do mnie rzecze: „Wiem, że chcesz zrobić imprezę, ale to ogromne ryzyko. Jeśli coś się wydarzy, to masz prokuratorskie śledztwo. Masz sporo do stracenia. Mówię ci to jako twój przyjaciel. Ja bym na twoim miejscu odpuścił.”

Odpuściłem. Przełożyłem termin V rajdu. I tu dziękuję Piotrowi za to, że mnie tak zastopował.

Czas płynął wolniej, aż w końcu przyśpieszył tak gdzieś w końcówce sierpnia. Nasze przygotowania, tym razem do jesiennej edycji rajdu, znowu przybrały na sile. Kolega Piotr objął organizacyjnie swoim skrzydłem sporą część pracy. Mnie przypadło „dograć” szczegóły z zamkiem i wyznaczyć trasę rajdu. Wytyczanie trasy rajdu to dla mnie najfajniejsza sprawa w organizacji.

I tak najpierw z mapami Google robię rozeznanie terenu. Później przychodzi zderzyć to z rzeczywistymi drogami. Pierwotną trasę pokonałem z Adamem jego Dodgem. Mile spędziliśmy czas odkrywając to, co później Kasia zamieniła na strzałki i kreski.
Tu pojawia się kolejna urocza historia.
W miejscowości „Murów” nad brzegiem Budkowiczanki uparłem się na zrobienie pierwszego punktu kontrolnego. Urocze miejsce, w którym się zakochałem od pierwszego wejrzenia.

Problemem mogła okazać się wąska droga prowadząca do prywatnej posesji.

Postanowiłem zapytać gospodarzy czy mogę tak pod ich domem zamieszania narobić.

Pukałem, stukałem, nikt nie otwierał. Trudno… tu jest tak pięknie, że trzeba to ludziom pokazać.

Aż w dniu rajdu zaczynają nadjeżdżać wszystkie załogi i tłumnie gromadzić się na malutkiej dróżce.  No i z domu, do którego prowadzi droga wychodzą przyjaźnie nastawieni ludzie.

Grzecznie tłumaczę, że my tylko na chwilę, i że zaraz znikamy. W odpowiedzi dostałem dwa wina domowej roboty i życzenia wszelkiej pomyślności dla naszego klubu.

Później trasa wiodła przez Pokój. Urocza, wręcz niewiarygodna i zakręcona historia tego miejsca powoduje, że trzeba to zobaczyć i przeczytać.  To rondo w Pokoju…ech… zresztą poszukajcie tej historii na własną rękę.

Później to już był Paryż. Szybki przelot do Wołczyna i przystanek pod piramidą. Wysoka na 9 metrów piramida wznosi się w Rożnowie. Ostatnia długa prosta i docieramy do Byczyny. Tu kończy się pierwszy etap rajdu i zaczyna się eksploracja historii. Załogi wita uśmiechnięta Pani Burmistrz Byczyny. Mamy okazję skosztować chleba z domowym smalcem, ogórków i słodkich przekąsek. Udajemy się na zwiedzanie wieży ratuszowej i wystawy związanej z historią miasta. Niezliczona ilość schodów prowadzi na szczyt widokowych doznań. Zaglądamy jeszcze do protestanckiego kościoła. Po obiedzie wyruszamy z Byczyny i zaczyna się II etap rajdu.

Zgodnie z mapą rajdową „wleczemy” się do Grodu Rycerskiego. Ta niewielka prędkość podróżna ma wielki wpływ na wynik w rywalizacji rajdowej. A pomiaru dokonuje radar policji z Kluczborka.

Kolejny punkt programu to już wspomniany gród rycerski. Trafiamy w sam środek walk rycerskich.

Atmosfera przenosi nas w odległe czasy. Leje się krew, wino i piwo. Mężczyźni w zbrojach walczą. Ale o co? Wolę nie wiedzieć, bo przykładają się do tego naprawdę mocno.
Wieczorem docieramy na metę rajdu do Zamku Bożejów. Jest ognisko, bigos, kiełbasa, gitara i śpiew. Roman z Komandorem Piotrem raczą nas muzycznymi hitami. Mam wrażenie, że z każdą łyżką bigosu wszyscy śpiewamy lepiej i głośniej. W tej dość luźnej atmosferze zostały rozdane puchary dla zwycięskich załóg. Tu raz jeszcze im gratuluję wygranej.

Tytuł Paryż-Byczyna nawiązuje do słynnego rajdu samochodów zabytkowych Pekin-Paryż.

Czy ten nasz jest lepszy? Oczywiście. Choć u nas nie było wpisowego w kwocie 40.000 dolarów 😉 Ale kto wie co będzie za rok!

Pozdrawiam

Grzegorz Zabierowski,

Wasz Prezes

Dobrze jest pomagać

Zawsze chętnie pomagamy, jednak nie często dostajemy tak wzruszające podziękowania.

Zawsze chętnie pomagamy, jednak nie często dostajemy tak wzruszające podziękowania.

Witam,

Panie Grzegorzu, pozwalam sobie przesłać na Pana ręce podziękowanie dla wszystkich sympatyków motoryzacji skupionych wokół Pana za niespodziankę i prezenty jakie nam zrobiliście.
Warunki do spotkań kiepskie, ale i tak wzbudziliście wśród dzieci, dużo uśmiechu i zainteresowania.
Zapraszam do Naszego domu w dogodniejszych warunkach.

Pozdrawiamy Was bardzo serdecznie i buziaki dla wszystkich…

Paweł z dziećmi

Dom Dziecka w Bierutowie

IV Rajd 94 OKTANY w pigułce.

Tradycja wymaga, abym opisał choć w kilku słowach wrażenia z październikowego rajdu. Zaczynałem zatem swoją opowieść… i skreślałem napisane już zdania. Przez miesiąc. Wena przyjść nie chciała – choć szans miała dużo.

   

Tradycja wymaga, abym opisał choć w kilku słowach wrażenia z październikowego rajdu. Zaczynałem zatem swoją opowieść… i skreślałem napisane już zdania. Przez miesiąc. Wena przyjść nie chciała – choć szans miała dużo.

Jednak zaczynam kolejny raz – i być może ze skutkiem dość marnym.  Jeśli zatem ktoś szuka w tekście tym satyry, albo jakiejś mądrości… lepiej niech już obejrzy sobie wiadomości.

Zatem w kilku prostych zdaniach postaram się zmieścić małe podsumowanie IV rajdu.

Jak pewnie wszyscy pamiętamy tradycją naszą było, by w maju się spotkać i o tytuł mistrza powalczyć. Niestety zaraza ten piękny świat zalała i nasze plany kompletnie zniweczyła.

Termin więc na „majówkę” wyznaczony był nowy a dokładnie – październikowy. Wydawać by się mogło, jak głosi stare przysłowie „co się odwlecze, to nie utonie” czy jakoś tak…. Jednak i  tu pojawiły się perturbacje.

Do rajdu majowego mieliśmy przygotowaną „bazę noclegową”, trasę rajdu, liczne atrakcje i w zasadzie wszystko pozapinane niczym guziki w żołnierskim mundurze. Jednak maj przeminął i cała nasza praca poleciała w otchłań, a konkretnie do kosza.

Od dnia wyznaczenia nowego terminu do rozpoczęcia rajdu mieliśmy cztery miesiące. Wydawać by się mogło, że sporo to czasu na przygotowania. Nic bardziej mylnego. W maju przemodelowałem życie mojej rodziny stawiając wszystko na głowie. Taka życiowa rewolucja albo „dobra zmiana”, chociaż ten ostatni zwrot wyjątkowo nędznie się kojarzyć może.  Tak więc podobnie jak w taksówce napis „wolny” na „zajęty” zamienić musiałem. W ferworze zmian dni uciekały, a przygotowania do rajdu nie posuwały się do przodu nawet o krok.  I tak oto kartka z kalendarza z sierpnia na wrzesień przeskoczyła. Mnie ogarnęła panika – nic nie było gotowe. Kilka(naście) telefonów i prace ruszyły w trybie mega pilnym. 6 września (termin doskonale pamiętam, bo urodziny w tym dniu obchodzę) ruszyły prace pełną mocą. Część obowiązków przejął na siebie Tadeusz Gawrysiuk, który stał się współgospodarzem tej szalonej imprezy. Na dwa tygodnie przed startem, ze wsparciem przybyła Kasia z Adamem.  Od samego początku pracował z nami Piotr przygotowując grafikę, foldery i plakaty. Stworzył naklejki, numery startowe i te „bardzo proste” pytania co na teście były. Na dodatek to wszystko na język czeski przetłumaczył pięknie.

I tak wrzesień przeminął i nastał październik. Dzień zero.

Impreza nasza dla nielicznych załóg 4 dni trwała. Pierwszego października niewiele się działo, trochę wina się piło i trochę śpiewało. Drugiego października to już inna bajka.  Wycieczka się odbyła po „majowej” trasie. Ci co byli to Zámek Jindřichov zwiedzili. Później mieliśmy przyjemność Pałac Slezské Rudoltice zobaczyć. Historii tak niezwykłej o miłości, szaleństwie i upadku usłyszeć. Na deser do „Pielgrzymowa” ruszyliśmy, gdzie mogliśmy zobaczyć jak niewiele trzeba, by ludzi z pamięci wymazać.

Trzeci października to ta słynna data – rusza IV Rajd Klubu 94 Oktany. Z międzynarodową obsadą.

Na starcie rajdu 32 załogi w konkury przybyły. Byli Czesi i znad Morza Bałtyckiego załogi, a i z samej stolicy też liczniej goście przybyli. Auta bardzo stare i tych nowszych trochę. Pierwszy etap wszyscy sprawnie pokonali, by na jego końcu „Meta Muzeum” odwiedzić.  Miejsce wręcz magiczne, a dla miłośników motoryzacji obowiązkowe. Kolejna atrakcja na naszej drodze to muzeum gazownictwa.

Później się rozpoczął etap rajdu drugi, z Paczkowa do Głuchołaz poprzez polne drogi. Za te polne drogi wiele skarg i zażaleń wpłynęło. A ja powtarzam – tak to kiedyś było. Bez taryfy ulgowej.  Na metę prawie wszystkie załogi dotarły (uśmiech na twarzach gościł), więc wnioskuję, że rajd był udany.

A teraz na poważnie… Bardzo wszystkich proszę o wybaczenie tych niedoskonałości, które ja widziałem i mam nadzieję tylko niewielu przybyłych gości.

Szczególne podziękowania dla:

Joanny,  Piotra, Katarzyny, Adama, Eweliny (Dżesi), Bogumiła, Tadeusza.

Na koniec wypada napisać małe przeprosiny.

Zaprosiłem WSZYSTKIE uczestniczące załogi na imprezę do bazy rajdu w O.W. „Drogowiec”. Niestety ze względu na zagrożenie epidemiczne i wewnętrzne przepisy ośrodka, nasz spotkanie nie doszło do skutku. Na swe usprawiedliwienie mam tylko to, że wcześniej o tym nie wiedziałem. Alternatywnie miało odbyć się ognisko, ale tego niestety przy silnym wietrze nie dało się zrobić.

Tak więc mam świadomość, że nie udało się wszystko co obiecałem. Przykro mi niezmiennie, bo i Tadeusz miał dla Was niespodziankę na wieczorne spotkanie. Przepraszam za to raz jeszcze.

 Grzegorz Zabierowski

„Itinerer” czyli poszukiwanie drogi

Jaki mamy sezon – każdy widzi… Może warto zatem pogłębić swoją wiedzę o nawigacji w rajdach samochodowych? Pozwalam sobie przypomnieć Wam najlepszy artykuł jaki kiedykolwiek na ten temat czytałem. Jego autorem jest, niestety już nieobecny pośród nas – Konrad Majkowski, automobilista, artysta, człowiek wielkiego serca talentu i dobroci. Tekst ukazał się w „Automobiliście” w roku 2000 w numerze 3.

Artykuł można pobrać i wydrukować, aby mieć pod ręką ….

Stowarzyszenie 94 Oktany

Nasze rajdy zawsze przyciągały niezwykłych ludzi. Nieformalnie spotykaliśmy się niemal dwa lata. Jak już zapewne wiecie, działamy teraz jako Stowarzyszenie 94 Oktany.

Nasze rajdy zawsze przyciągały niezwykłych ludzi. Nieformalnie spotykaliśmy się niemal dwa lata. Teraz, jak już zapewne wiecie, działamy jako Stowarzyszenie 94 Oktany.

Stowarzyszenie powstało przede wszystkim po to, aby usprawnić i ułatwić wszelkie działania związane z organizacją naszych spotkań.

Nie jest dla Was tajemnicą, że każda z naszych imprez – poza wysiłkiem organizacyjnym wielu osób z naszego grona – wiąże się też z kosztami. Dotychczas wszelkie koszty bezpośrednio związane z funkcjonowaniem naszego klubu, czy też z przygotowaniem tras rajdowych (liczonych już w tysiącach kilometrów) nie obciążały Was. Zależało mi na budowaniu wspólnoty. Sprawy finansowe były mniej istotne.

Dlatego często kończyło się też na tym, że wielokrotnie dopłacałem z domowego budżetu, aby pokryć rzeczywiste koszty związane z organizacją rajdu (bo zawsze są jakieś nieprzewidziane wydatki).

Dzięki formule Stowarzyszenia możemy mieć klub z prawdziwego zdarzenia. Możemy funkcjonować jako grupa przyjaciół, którym udało się stworzyć coś unikatowego – miejsce przyjazne nam wszystkim.

Aby tak się stało, niezbędne jest uregulowanie kwestii finansowych.
Składki nie są wysokie (5 złotych miesięcznie – czyli 60 złotych rocznie płatne na konto Stowarzyszenia), ale ich terminowe opłacanie oznacza wymierne korzyści dla każdego członka naszego klubu. Składki pozwolą pokryć koszty bieżącego funkcjonowania (które nie są wielkie, ale konieczne) oraz wydatki związane z przygotowaniem (jak to tylko będzie możliwe) dwóch spotkań w roku.

Każdy członek klubu będzie ponosi mniejsze koszty udziału w imprezach rajdowych niż osoby, które są z nami okazjonalnie.

Nad prawidłowością wszystkich wydatków czuwa Zarząd, a wszelkie sprawy księgowe kontroluje Komisja Rewizyjna.

Każdy, komu jest bliska nasza idea, kto ceni nasze wartości i chce być aktywną częścią naszej małej społeczności jest mile widziany.

Poniżej można pobrać dwa dokumenty – statut Stowarzyszenia 94 Oktany oraz wzór deklaracji członkowskiej. Wypełnione deklaracje możecie przesyłać na adres: prezes@94oktany.pl

Jestem również do Waszej dyspozycji pod telefonem 600 250 402 od 18:00 do 20:00.

Pozdrawiam serdecznie
Grzegorz Zabierowski

Stowarzyszenie 94 Oktany
ul. Oławska 240
55-220 Jelcz Laskowice
Numer konta: 14 1050 1575 1000 0090 3180 3159

IV Rajd Klubu Oktany 94 czyli majówka w październiku :)

Jest rajd! Mamy już oficjalną rezerwację miejsca i potwierdzony termin 4 rajdu Klubu 94 Oktany.

Jest impreza !!! Zapraszamy na IV rajd Klubu 94 Oktany.


Niestety nasze wcześniejsze plany związane z organizacją „majówkowego” rajdu w połowie września musiały ulec zmianie z prostego powodu – braku w tym terminie wolnych miejsc. Zgodnie jednak z zasadą „co się odwlecze, to na dobre wyjdzie”, mamy nowy termin naszego spotkania: 1-4 października.

Jeśli otworzycie teraz kalendarz na stronie z napisem „październik” odkryjecie, że pierwszy dzień miesiąca wypada w czwartek. To nie błąd w planowaniu, a celowy zabieg taktyczny, aby mieć czas dla siebie. By spotkać się i pogadać, wypić piwa miarkę albo i czegoś mocniejszego na start.
Oczywiście wiem, że nie wszystkim ten plan może odpowiadać, więc oficjalnie meldujemy się w bazie rajdu w piątek 2 października.
Termin podaję z tak dużym wyprzedzeniem, by zawodowe i prywatne plany można było sobie poustawiać pod nasz „majówkowy” rajd 🙂

Koszty – cena jednego noclegu (doba) za osobę wynosi 110 zł, do tego trzeba doliczyć wpisowe na rajd w wysokości 150 zł za załogę. Uwaga – dla członków Stowarzyszenia 94 Oktany z opłaconą składką roczną, wpisowe wynosi 1 zł.

Członkom naszego klubu przypominamy przy okazji, że składkę w wysokości 60 zł można wpłacić na konto Stowarzyszenia:

Stowarzyszenie 94 Oktany
ul. Oławska 240, 55-220 Jelcz Laskowice
Numer konta: 14 1050 1575 1000 0090 3180 3159
Tytuł przelewu: „Składka członkowska za rok 2020”.

WSTĘPNY PLAN RAJDU:

  • Czwartek – przyjazd załóg i dzień bez samochodu, małe co nieco wieczorem.
  • Piątek – wyprawa do Nysy i zwiedzanie fortów, małe co nieco wieczorem.
  • Sobota – IV Rajd Klubu 94 Oktany (około 110 km przez terytorium RP i Czech), duże co nieco wieczorem.
  • Niedziela – śniadanie i powrót do domu.

Jest jeszcze troszkę czasu, ale proszę już teraz o deklaracje udziału i w miarę możliwości o szybkie wpłaty.

Lista startuje od zera. I jak zwykle – ważna jest kolejność zgłoszeń. Wcześniejsze deklaracje uczestnictwa i wpłaty gwarantują miejsca w Drogowcu (ze względu na sytuację epidemiczną w ośrodku jest do dyspozycji tylko 40 miejsc). Osoby, które zadeklarują przyjazd i dokonają wpłaty później – będą miały zarezerwowane noclegi po sąsiedzku.

Pozdrawiam Was serdecznie

Grzegorz Zabierowski

Jak to fiatem było – Karolina i Roman

Historia naszego Fiata 125p zaczyna się bardzo bardzo dawno temu, w czasach kiedy nie było jeszcze niczego i rzeczonego fiata też jeszcze nie było.

Historia naszego Fiata 125p zaczyna się bardzo bardzo dawno temu, w czasach kiedy nie było jeszcze niczego i rzeczonego fiata też jeszcze nie było.

No może nie całkiem nie było, był pewnie w postaci wielkiej bryły czegoś z czego później dzięki skomplikowanym procesom techologicznym itd itd.

No ale ja nie o tym. Otóż w czasach w których nic nie było, albo było tego mało, mój wujek był szczęśliwym posiadaczem Fiata 125p w kolorze oliwkowym. Był to egzemplarz z 1976 roku z silnikiem 1300 cm3 po przekładce nadwozia w okolicach 1980 roku.

Dziecięciem będąc uwielbiałem ten pojazd. Był cichy, szybko jeździł, można było za kierownicą posiedzieć, no żyć nie umierać. Na podwórku było dużo innych fiatów, więc gdy akurat wujkowego nie było, to zawsze można było wybłagać u innych właścicieli możliwość posiedzenia choćby chwilę za kierownicą. Dziś to byłoby kompletne szaleństwo, ale wtedy?

Stąd właśnie zaczęła się moja miłość do Fiata 125p. Po wielu błaganiach (teraz to nazywałoby się lobbowaniu) moi rodzice w końcu zdecydowali się kupić jakiś pojazd. Nadszedł pamiętny maj 1992 roku. Wtedy to mój tata razem ze wspomnianym wcześniej wujkiem przyjechali z giełdy czerwoną strzałą. Szok, szczęście, niedowierzanie. Fiat 125p… dokładniej FSO 125p….Wóz był piękny. Trochę zmotany, ale piękny. Auto było z 1988 roku, więc kupiono go jako czterolatka w kolorze L80. Była to wersja C, czyli na silniku fiatowskim 1500, bez obrotomierza, zapalniczki i tylnej szyby ogrzewanej. Zmota polegała na tym, że listwy na drzwiach nie były fabryczne, a jakieś grubsze rzemieślnicze i dziwnie podniesiony był tył, co jak się po wielu latach okazało, było wynikiem dołożenia trzeciego pióra resorów (bardzo się to przydało na wyprawach).

Moja mama była z początku przerażona gabarytami pojazdu z uwagi na to, że uczyła się jeździć na maluchu, w którym to kierowca mógł spokojnie zrobić dwa zimne łokcie. No ale z czasem się przyzwyczaiła i śmigała wozem, że aż miło. Auto od zakupu po dziś dzień stało sobie pod chmurką. Większość napraw mniejszych i większych robiliśmy z tatą pod blokiem na parkingu. Od wymiany klocków, tarcz, łap pod silnikiem po wymianę amortyzatorów z przodu. Czasy się zmieniały, a Fiat cały czas dzielnie służył, jeździł sporadycznie, ale nigdy nie było z nim większych problemów.

Gdy już przejąłem pieczę nad nim jako 18 latek zaczęły się pewne kombinacje. Listwy boczne zostały wymienione na jednego typu (szersze rzemieślnicze, żeby nie było widać różnic w odcieniu lakieru), dodałem reflektory z przodu, obrotomierz, zapalniczkę, wymieniłem boczki i podłokietniki na te „bogatsze” z popielniczką. Zaobserwowałem również ciekawy mechanizm psychologiczny wśród pasażerów jadących z tyłu. Otóż każdy jadący na tylnej kanapie pasażer (nie ważne czy mały czy duży) w trakcie podróży nieświadomie odczuwa niepohamowaną potrzebę ustawicznego otwierania i zamyknia z hukiem tych małych chromowanych klapek na popielniczkach. Chyba pomyślę o zrobieniu jakiejś pracy doktorskiej z odruchów bezwarunkowych na przykładzie klapki popielniczki.

Fiat zadebiutował na jakiejś większej imprezie w 2013 roku na Rocznicy Rekordu Polskiego Fiata 125p. później poszedł trochę w odstawkę po zakupie Żuka na Złombol w 2014 roku (o tym aucie następnym razem). Gdy Żuk zaniemógł podczas majówki 94 Oktany (szybka wymiana skrzyni biegów na parkingu pensjonatu Mieszko w Zieleńcu – przeżycie bezcenne) w 2019 r fiat stał się naszym rajdowym pojazdem. Zyskał nazwę Fiat Igora, bo Żuk nazywa się Żuk Błażeja od imion dwóch naszych cudownych pilotów.

Wziął udział w wielu rajdach w 2019 roku i w fantastycznej wyprawie z Wrocławia przez Toruń, Kwidzyń, Gdańsk, Sopot, Gdynię, Hel, Kołobrzeg, Świnoujście, Szczecin, Cedynię do Wrocka. Jest to nasze Dobro Narodowe i tak jak moi Rodzice mi go przekazali, tak i jak go przekażę swoim dzieciom, a one swoim dzieciom, a one z kolei swoim dzieciom i tak co najmniej do 2688 roku 🙂

Renault 4 – opowieść renowacyjna.

Był rok 1998, jeden z moich znajomych opowiedział mi o aucie, które remontuje. Właściwie to stracił cały zapał do planu odnowy auta no i jeszcze fundusze….

Był rok 1998, jeden z moich znajomych opowiedział mi o aucie, które remontuje. Właściwie to stracił cały zapał do planu odnowy auta no i jeszcze fundusze….Postanowiłem zobaczyć to auto, dlatego umówiliśmy się, że pojedziemy wspólnie do blacharza.
Następnego dnia odwiedziliśmy warsztat, w którym pod wielką starą lipą stała smutna opuszczona Renówka. Blacharz okazał się niezbyt zapalony do pracy i właściwie to zakres jego prac pogorszył tylko stan karoserii. Wykonał on kilka wstawek, ale zapomniał później zakonserwować blachę w miejscach spawania. Z czasem miejsca naprawy pokryły się rdzawym nalotem. No ale do rzeczy.

Po oględzinach auto mi się spodobało i postanowiłem je odkupić. Mój optymizm musiał być ogromny bo nie udało mi się utargować ceny, albo nawet nie bardzo się starałem. Tak czy siak za okrągłe 1000 zł stałem się szczęśliwym posiadaczem R4.

r4 renowacja 2

Następnego dnia wraz z moim tatą przewiozłem auto do garażu. Ten dzień utkwił mi bardzo w pamięci. Wszyscy okoliczni sąsiedzi zeszli się i udzielali wielu rad, o których wartości nie bardzo chcę opowiadać. W większości padały sugestie by oddać samochód na złom! Szczęka jednak wszystkim opadła i mi także, gdy po wmontowaniu nowego akumulatora i kilku próbach uruchomienia, silnik ładnie zapalił. Wtedy pokochałem to auto jeszcze bardziej!

r4 zakup

Przez następne tygodnie rozpocząłem rozbiórkę pojazdu do „rosołu” w celu wykonania naprawy blacharskiej. Tu uwaga dla tych, którzy czytając ten artykuł samodzielnie zamierzają wykonywać remont. Rozbierając musimy wszystko dokładnie opisywać i znaczyć, żeby wiedzieć jak to później złożyć. Ja np. fatalnie postąpiłem z uszczelkami drzwiowymi wycinając je nożem do tapet. Później okazało się, że nowych uszczelek o takim kształcie nie mogę kupić. Znalazłem później używane, ale w dużo gorszym stanie od tych, które pociąłem.

Po rozbiórce auto pojechało do blacharza. Blacharz porobił wstawki w podłodze oraz lekkie, kosmetyczne łatki w drzwiach. Wymienione zostały błotniki przednie i tylna klapa. Kupiłem tylną klapę od R4 z początkowych lat produkcji (na pewno przed 1971) bez najmniejszych śladów korozji. Spowodowało to jednak w późniejszym etapie małą komplikację, ale o tym później.

Następnie auto trafiło do lakiernika. Tu muszę przyznać, że lakier został ładnie położony, ale popełniono kilka błędów. Po pierwsze oryginalnie błotniki są skręcane. Blacharz jednak szczeliny zaszpachlował – co na początku wyglądało ładnie – jednak z czasem szpachla popękała.

R4

Po okresie pracy nad wyglądem zewnętrznym auto ponownie zawitało do domowego garażu. Choć oba warsztaty wykonały swą pracę za niewielkie pieniądze, to i tak mój budżet trochę podupadł. Dziś nie pamiętam dokładnie ile to kosztowało, ale wydaje mi się, że jakieś 1500 zł blacharka i kolejne 1500 zł lakierowanie.

Dla mnie najmilszy był etap uzbrajania, ponieważ samochód coraz lepiej wyglądał. Zmiana tylnej klapy spowodowała, że lampy cofania nie dały się założyć, bo w pierwszych modelach po prostu jej nie było! Nie było też jak wycinać otworów montażowych, bo auto było pomalowane. Pozostało poszukać czegoś zastępczego. To jest obecnie jedyny, nie oryginalny szczegół w Renault 4.

Miły zwrot akcji. Szukając wcześniej wspomnianych uszczelek natrafiłem na ogłoszenie Pana Sylwestra z Legnicy. Umówiłem się na odbiór części i spotkałem najserdeczniejszego człowieka. Opowiedział mi, że właśnie zakończył przygodę z Renault 4 i odkrywa uroki Warszawy (i nie chodzi tu o stolicę w Europie wschodniej).

Pan Sylwester otworzył drzwi od garażu i powiedział „tu leżą manele od R4, bierz co chcesz”. Zapytałem za ile? Uśmiechnął się tylko i pomógł ładować wszystkie skarby do mojego pick-upa. Darowizna jaką otrzymałem okazała się kopalnią przydatnych elementów, takich jak nowa (stara) podsufitka w idealnym stanie, fotele, czy „rodzynki” czyli półki drzwiowe. Dziś mogę się jeszcze przyznać, że darowizny nie wykazałem w zeznaniach do urzędu skarbowego, ale po 10 latach na pewno jest amnestia!

Pierwsza jazda okazała się katastrofą – wyszły dodatkowe problemy! Po pierwsze i chyba najgorsze, podczas jazdy odpadło przednie koło. Okazało się, że wcześniejszy właściciel pospawał piastę. Tu uwaga dla tych co myślą, że się da! Nie próbujcie!

Drugim problemem okazał się układ wydechowy. Tu mały warsztacik wykonał szybką naprawę za symboliczne piwo (to zaleta restaurowania starych aut, czasem ktoś się zlituje!).

Później rejestracja, przegląd i frajda. Zabawa jednak nie trwała zbyt długo. Po kilku miesiącach silnik trochę zaczął lać olejem. Postanowiłem zrobić remont kapitalny. Poszukiwanie części okazało się sukcesem. Natrafiałem na prawdziwe perełki np. komplet uszczelek w cenie kilku tysięcy (dokładnie nie pamiętam), bo cena była z okresu przed denominacją. Sprzedawca popatrzył na mnie, posłuchał historii naprawy i w końcu sprzedał uszczelki za jakieś kilka złotych. Po silniku doszło zawieszenie i układ hamulcowy! Co wymusiło kolejne nakłady. Wspomnę jeszcze o wyprawie mojego taty do Chorwacji i zakupu nowiusieńkich reflektorów!

Wiele osób pyta mnie – ile jest wart ten samochód? Szczerze mówiąc nie wiem. Wsadziłem w niego na pewno z 8000 zł. Moja praca? A wartość rynkowa? To nie ma żadnego przełożenia i żadnego znaczenia. Bo w życiu najważniejsza jest pasja! Warto było!

Na koniec jeszcze jedna historyjka. Auto nigdy się nie zepsuło. No prawie….. Na własny ślub postanowiłem wraz z obecną żoną pojechać Renówką. Ja w garniturze ona w sukni i jedziemy, a tu auto nagle słabnie i wolniej i wolniej aż zupełne odmówiła dalszej jazdy. Zostawiłem ją na ulicy i pojechaliśmy na ślub taksówką (później okazało się, że padł kondensator).
Czy ona była zazdrosna (oczywiście Renówka)? Czy próbowała coś powiedzieć, tego nie wiem. Wiem jednak, że dziś moja żona kocha ją równie mocno jak ja, a kto wie czy nie mocniej. Pewnie dlatego to auto wciąż jest z nami i nigdy nas nie zawiodło!

Wszystkich planujących remonty starych aut serdecznie do tego namawiam.

Tekst oraz zdjęcia: Grzegorz Zabierowski

500 osób zostanie przebadanych dzięki Ekspedycji Charytatywnej 2019

Ekspedycja Charytatywna 94 Oktany i Oldtimer Chojnów to wspólne działania w celu zebrania pieniędzy dla potrzebujących.

Ekspedycja Charytatywna 94 Oktany i Oldtimer Chojnów to wspólne działania w celu zebrania pieniędzy dla potrzebujących. W tym roku zdecydowaliśmy się zbierać dla Dolnośląskiego Centrum Onkologii z Wrocławia.

Idea ekspedycji jest prosta. Szukamy darczyńców, którzy w zamian za przekazane środki umieszczą reklamę na pojazdach które pokonują określoną trasę. Uczestnicy ekspedycji ponoszą wszelkie koszty udziału w wyprawie w tym koszty przygotowania aut.

Co my z tego mamy pewnie ktoś zapyta. Mamy ogromną satysfakcję, frajdę z pomagania i przygodę.

W tym roku na ekspedycję wyruszyły 3 ekipy: Żukietta, Grażynka z Oldtimer Chojnów oraz Ciocia Zosia z 94 Oktanów. Naszym celem podróży był Istambuł. Spotkaliśmy się również z Polonią i przedstawicielami Ambasady RP w Turcji. Spotkanie miało miejsce w polskim Adampolu. Przejechaliśmy 4700 tysięcy kilometrów, odwiedzając kolejno Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Turcję, Grecję, Serbię, Węgry i Czechy.

Nasz ekspedycyjny Transit rocznik 1992 spalił na całej trasie 490 litrów oleju napędowego. Nigdy nie grymasił i dzielnie spisał się w roli auta i czasami naszego domu. Ogromne podziękowania należą się firmom, które poparły naszą inicjatywę a mianowicie: Sky Lift sp. z o.o., Daytona Lubricants Polska, Sprytna Gosposia, Tech-Plast Małgorzata Bochińska, Muzeum Sentymentów, Studio Reklamy Wena. Wena to również nasz patron reklamowy, który przepięknie wykonał reklamę na naszym aucie.

13 października 2019 r. nastąpiło oficjalne przekazanie pieniędzy w DCO we Wrocławiu. Zebrane pieniądze pozwolą na badania profilaktyczne jelita grubego dla 500 osób.

Pozdrawiamy serdecznie

załoga „Cioci Zosi”.

Serdecznie dziękujemy wszystkim Darczyńcom którzy umożliwili nam tę wyprawę

Relacja w TVN 24

https://fakty.tvn24.pl/fakty-po-poludniu,96/ekspedycja-charytatywna-2019-samochodami-przez-9-krajow-w-szczytnym-celu,977042.html?fbclid=IwAR0wQun7q48KopPR4rQy1k2FcHxSkcvzY7JePluSDOmL-9Lw42gFknCzd78